Kasia Antosiewicz

Kasia Antosiewicz


Kim jestem?

Jestem córką, żoną i mamą (czyli opiekunką ogniska domowego, specjalistką od ogarniania codzienności, kucharką, praczką, prasowaczką, zaopatrzeniowcem, szoferem, sprzątaczką, guwernerką, artystką – plastykiem, kreatywnym rozwiązywaczem codziennych problemów). Jestem Kobietą „przed 40-stką” z dużą ilością męskich cech charakteru. Jestem kobietą czynu, nieustannie muszę mieć cel i działać, nie lubię słowa „problem” – zamiast tego wolę np. „wyzwanie”. Jestem bardzo kreatywna i psychologicznie chyba podpadam pod wizjonera innowatora. Moim idolem jest Steve Jobs – zawodowo się z nim utożsamiam, chociaż w odniesieniu do ludzi wolę być jak Richard Branson. Jestem też trochę jak Maria Skłodowska – Curie w swoim oddaniu pracy, skłonności do poświęceń dla rozwoju i nauki. Jak pracuję na 100%, albo i więcej. Jestem edukatorem, trenerem biznesu, ekspertem od funduszy unijnych, specjalistką od zarządzania projektami i umiejętności odpoczywania. Jestem także mentorem dla rozwijających się start-upów w pewnej organizacji. Z wykształcenia jestem …. No właśnie, po ukończonym przeze mnie kierunku studiów nie ma zawodu typu psycholog, prawnik, fizyk jądrowy, chemik, biolog molekularny, socjolog, kucharz, dietetyk itd. Skończyłam studia na kierunku zarządzanie i marketing oraz podyplomówkę z kompetencji psychologicznych i społecznych. Czyli taki fix-mix. 

Bloguję – ale nie śmiem się nazywać blogerką – nawet jeszcze roku nie ma, od kiedy weszłam odważnie i stanowczo w blogosferę. Wyznaję filozofię powolnościową, samodoskonalenie i rozwój osobisty zgodnie z filozofią ZEN, dążę do slow life i minimalizmu. Hobbystycznie zajmuję się ogrodnictwem, decoupagem, gotowaniem. Uwielbiam czytać (kryminały, thrillery, mocne powieści obyczajowe). 

Moja historia

W życiu miałam wiele szczęścia i dobry start – to niewątpliwie jest bardzo ważne, że miałam coś na początek: skończyłam dobrą uczelnię, miałam wspaniałego faceta (teraz jest moim mężem i w tym roku minie 20 lat, odkąd jesteśmy razem), mogłam się realizować, rodzice o mnie dbali i nie ograniczali moich marzeń, nie wybierali mi szkół oraz studiów, a potem ciężko pracowali, abym mogła studiować na prywatnej uczelni, którą wybrałam. Dostałam pracę, zanim obroniłam licencjat, przed ślubem już mieliśmy małe własne mieszkanko, byłam ukochaną wnuczką. Start miałam naprawdę bardzo dobry i jestem niezmiernie wdzięczna każdemu, kto mnie wspierał, wierzył we mnie, pomagał i nie ograniczał. Ale wszystko, co osiągnęłam będąc osobą dorosłą, osiągnęłam swoją uczciwą i często ciężką pracą, własnymi siłami, determinacją, dążeniem do celów, ambicją. Oczywiście wsparcie bliskich jest bardzo ważne – pomoc, gdy możesz pracować albo gdy chcesz się dokształcać, a masz małe dziecko, jest oczywiście nieoceniona. Od kiedy poszłam na studia, zaczęłam sobie dorabiać – a potem zarabiać. Jestem zaradna i dobrze zorganizowana. Nie boję się wyzwań, jestem ambitna i pracowita – dzięki temu jestem tutaj, gdzie jestem i mam to, co mam. Strasznie mnie irytuje ludzka zawiść w tym temacie, niezależnie, czy odnosi się do mnie, czy do innych ludzi, którzy mogą więcej, bo im się chce, albo mają więcej, bo są bardziej pracowici.

Dzięki temu, czego doświadczyłam w swoim życiu jestem dość odporna emocjonalnie i wiem, że jeśli się czegoś bardzo chce, to można to osiągnąć. Tylko trzeba kupić los, a w pierwszej kolejności wejść do kolektury. Jestem też zaradna i naprawdę niewielu rzeczy się boję. W zasadzie to dążę uparcie do celów, większość mojego dotychczasowego życia to systematyczna i metodyczna realizacja planów. Mało spontanu, wysokie tempo i kolejne cele, levele, etapy. Szkoła, studia, mieszkanie, drugie studia, ślub, praca, dziecko, inna praca, dodatkowa praca, rozwój kompetencji i umiejętności, studia podyplomowe, rodzina, opieka nad Dziadkami i Babciami, większe mieszkanie, samochód, drugi samochód, musze, muszę, muszę – kolejne etapy do osiągnięcia w powinnościach ról społecznych. 

W moim życiu było kilka wydarzeń, które, niezależnie ode mnie, wytyczyły mi drogę, albo raczej wtoczyły mnie z powrotem na dobrą drogę, gdy ewidentnie zapierałam się, że muszę po swojemu. Może chodzi o to, że nie ma przeznaczenia, a tylko przypadki, a może jest jednak jakaś siła wyższa, która w jakiś sposób panuje nad nami i kopie nas w tyłek, gdy idziemy złą drogą. Te niezależne ode mnie przypadki naprawdę zaważyły na moim losie (ale nie zastanawiam się za bardzo, jak potoczyłoby się moje życie – pewnie byłabym sfrustrowaną nauczycielką, gdyby nie one).

Po pierwsze – poznałam Kasię. Od VII klasy podstawówki (tak, jestem spoza pokolenia gimnazjum) byłam święcie przekonana, że pójdę na filologię polską – zdawałam do klasy humanistycznej i pewnego wakacyjnego dnia w pewnym lokalnym klubie spotkałam Ją na swojej drodze. Historia jest długa, a puenta taka, że po 2 dniach znajomości obie poszłyśmy się przepisać do klasy matematyczno – fizycznej (Kasia zdawała do ogólnej). Przez 4 lata siedziałyśmy w jednej ławce i przyjaźnimy się po dziś dzień, śmiejąc się, że znamy się więcej, niż połowę życia.   

Po drugie – nie dostałam się na wymarzone studia – nauka w liceum w klasie mat-fiz nie przeszkadzała mi zupełnie w tym, aby nadal marzyć o ukończeniu filologii polskiej; sprecyzowałam się jednak w odniesieniu do profilu – chciałam być dziennikarką (zawsze lubiłam pisać). Niestety na ustnej maturze z języka angielskiego dostałam ocenę mierną (baaaardzo długa historia) i zrezygnowałam ze zdawania na wymarzoną uczelnię, spróbowałam na inną. No i w wyniku wszystkiego – nie dostałam się.

Po trzecie – nie umiem siedzieć bezczynnie – trzeba było się czymś zająć. Po raz pierwszy musiałam pomyśleć o czymś innym – w tamtych czasach chyba nie było jeszcze możliwości zdawania na kilka kierunków równocześnie, nie miałam w głowie planu B (rzadko mam plan B, bo bardzo wierzę, ze dam radę zrealizować zamierzone cele), nie miałam gdzie iść – nie było na dzienne rekrutacji uzupełniającej. Nigdy tez nie myślałam, że nie będę studiować – nie byłam chłopakiem, nie musiałam unikać poboru do wojska. Ale nie miałam zupełnie pomysłu. 

Po czwarte – moi Rodzice. Nie wiem już skąd się wziął ten pomysł, ale zaproponowałam Rodzicom, że może takie dwuletnie pomaturalne studium zarządzania (to było dla mnie dość żenujące, bo jednak nie myślałam nigdy o tym, że nie pójdę na studia). To było dla Rodziców poważne wyzwanie, trudna decyzja, gdyż studium było prywatne i wymagało miesięcznych opłat. Rodzice mi nie odmówili. Dali mi szansę.

Po piąte – studium trwało tylko rok, bo po moim pierwszym roku właściciele dostali pozwolenie na prowadzenie wyższej uczelni – niepublicznej, czyli kolejne 3 lata płacenia i to już nie miesięcznie, a znacznie więcej semestralnie. Rodzice podzielili moje zdanie, że szkoda tego roku (nie mogłam skończyć studium, bo je zawiesili i przekształcili w szkołę wyższą), zwłaszcza, że kierunek kształcenia naprawdę bardzo przypadł mi do gustu.

Po szóste – spakuj się i jutro już nie przychodź. Jak już pisałam, pierwszą pracę dostałam, zanim jeszcze obroniłam licencjat. W zasadzie to nawet długo nie szukałam, chyba to była pierwsza rozmowa o pracę. W tej firmie spędziłam 7 lat – od sekretarki, po prokurenta, a na koniec likwidatora. Marzyłam, aby być trenerem i konsultantem, tak jak inni – jednak nie miałam takiej szansy. Wiele się nauczyłam i bardzo cenię te lata – ludzi, z którymi mogłam pracować i doświadczenie, jakie mi dały. Niemniej jednak odeszłam i w zasadzie przeszłam od razu do zaprzyjaźnionej firmy. Po noworocznej przerwie, pod koniec pierwszego dnia pracy szefostwo zawezwało mnie do siebie i usłyszałam właśnie, abym zebrała swoje rzeczy i jutro już nie przychodziła. To był dla mnie totalny szok – wiecie, czasem są redukcje, kryzys, czasem „coś wisi w powietrzu”. Ale ja niczego nie przeczuwałam, sporo dla tej firmy zrobiłam i wyleciałam w ciągu 2 minut (teraz sobie myślę, po tylu latach – może byłam zbyt dobra?).

Po siódme – Sławek – mąż koleżanki – zadzwonił do mnie jakoś niedługo po tym, jak wyleciałam z pracy i zaproponował, abym poprowadziła cykl szkoleń dotyczących pozyskiwania funduszy. Nigdy wcześniej nie prowadziłam szkoleń (nie licząc 1 wewnętrznego dla ukraińskich współpracownic i 1 dla studenckiego koła BCC). Nie znałam też bardzo dobrze funduszy – fakt, pisałam już wówczas projekty, ale to była zupełnie inna działka. Ale ponieważ żyć z czegoś trzeba – podjęłam wyzwanie – od tamtej pory jestem specjalistą, a nawet ekspertem UE.

Po ósme – Edyta – jedna z uczestniczek moich szkoleń – pracowała na Uniwersytecie i zapytała kiedyś, czy nie chciałabym przyjść pokierować projektem unijnym w zakresie wdrożenia systemu informatycznego na Uczelni. Przyznaję się – wahałam się nieco, ale to było wyzwanie i – zrobiłam to dla pozycji w CV – kierownik projektu. Nadal tam pracuję i zrealizowałam kolejne 4 czy 5 projektów w różnych rangach stanowisk (jak już wspominałam, jestem w tym ekspertem). W zasadzie to jestem specjalistką od spraw niemożliwych i sytuacji beznadziejnych jeśli chodzi o projektu UE.        

Po dziewiąte – Kasia. Razem ze mną do pracy na Uniwersytecie przyszła Kasia – była moją prawą ręką w tym pierwszym projekcie i naprawdę długo się opierałam przyjaźni z nią, mówiąc jej wprost, że nie wierzę w takie przyjaźnie, że to nie wypali itp. Miałam naprawdę złe doświadczenia w tym zakresie, kiedyś wcześniej już popełniłam taki błąd. Ale ona była mega wytrwała i nie odpuszczała. A ja już nie mogłam wypierać się tej chemii między nami. Teraz Kasia pracuje w innym dziale, ale nadal się przyjaźnimy – to z nią właśnie zrealizowałam jedno z największych swoich marzeń – szkołę trenerów biznesu.

Po dziesiąte – problemy w związku (nie będę się tu rozpisywać). Dzięki mojemu Mężowi uratowaliśmy nasze małżeństwo, a ja sobie wiele rzeczy ułożyłam na nowo, inaczej, zmieniłam priorytety z ja na my, z pracy i zarabiania kolejnych pieniędzy na kolejne rzeczy, na Rodzinę.

Jestem zupełnie inną osobą niż 3-4 lata temu i jestem z tego BARDZO DUMNA. Jestem szczęśliwym człowiekiem. 


Moja lista marzeń

  1. Pojechać jesienią z Rodziną w Bieszczady (i zrobić piękne zdjęcia) (październik)
  2. Rozwinąć nową markę – obok Antosiewicz.edu, czyli zorganizować i zacząć działać w workFLOW.edu
  3. Wprowadzić w życie rodzinne jeszcze bardziej zdrowy tryb życia
  4. Założyć ziołowy ogród domowy (obecnie mam całkiem w porządku ogród ziołowy na działce, ale ten domowy, kuchenno – balkonowy, za nic w świecie mi nie wychodzi)
  5. Ogarnąć swoje finanse – spłacić kartę kredytową, mniej wydawać, racjonalniej kupować, zwłaszcza żywność i ubrania, odłożyć na „czarną godzinę” – na koniec 2016 roku chciałabym nie mieć bieżących długów (pożyczki, zadłużenie na karcie kredytowej) i odłożyć 2 pensje na „czarną godzinę” – czyli 5000 zł.
  6. Napisać książkę o nauce odpoczywania
  7. Rzucić w cholerę etat – zrezygnować z pracy na Uniwersytecie i (przez jakiś czas lub do emerytury) pracować na swoim i założyć firmę rodzinną wraz z moim Mężem
  8. Zorganizować krajowy „event” dotyczący filozofii powolnościowej i slow life wraz ze slowlowymi koleżankami - blogerkami
  9. Sprzedać e-kurs „Zen” min. 10 osobom
  10. Napisać 2-3 dobre projekty, z których będę miała zatrudnienie i wynagrodzenie (jako specjalista w zespole projektowym lub trener)
  11. Przeczytać 26 książek – nie tylko rozwojowych i biznesowych
  12. Efektywniej i częściej uprawiać jogę i medytować
  13. Określić ścieżkę kariery – wybrać, na czym się skoncentrować i co rozwijać w kolejnych latach, wybrać drogę, którą chcę podążać (pamiętając, że do emerytury jeszcze sporo czasu i teraz są najlepsze lata by gromadzić kapitał)
  14. Nauczyć się robić tartę (naprawdę próbuję to opanować od wielu lat)
  15. Wrócić do prowadzenia szkoleń
  16. Kupić podmiejski ogródek działkowy, aby sobie uprawiać warzywa wolne od GMO ;)
  17. Używać więcej roweru, a mniej samochodu
  18. Mieć własną kawiarnię tematyczną – np. z duuuużą ilością książek do czytania
  19. Zorganizować z koleżanką Przewodniczką konferencję turystyczną 

Dlaczego biorę udział w Dream Life Project?

Bo mogę. Jest to wyzwanie – kolejne wyzwanie, a jednocześnie pozwala na ekstrawertyzm – nie mam ku temu zbyt wiele okazji, a z natury (co chyba powyżej widać) jestem ekstrawertyczna do bólu. Daje pole do działania, do kreatywności, innowacyjnych projektów (nie unijnych, życiowych) itp. Ja po prostu kocham to, co robię. Bo chcę zmienić swoje życie tak, by było jeszcze lepsze, a ja bym była jeszcze bardziej szczęśliwa, bo ten projekt wpisuje się idealnie w drogę, na której jestem, w punkt drogi, gdy mogę wybrać cel, kierunek, gdy przewartościowałam swój świat, gdy wiem, naprawdę wiem, czego chcę (no dobra nie wiem, na której drodze się skupić i którą drogą zawodową iść). Bo pora na spektakularną zmianę. Czuję to, wiem, rozum mi to podsuwa i generalnie dusza moja bardzo tego potrzebuje. 


Jakie marzenia już spełniłam/em?

  1. Kiedy poznałam mojego Męża wiedziałam od razu, że chcę z nim spędzić resztę życia. Miałam 18 lat i na początku On nie chciał nawet spróbować. Marzyłam o Nim jak chyba każda nastolatka. I wreszcie kiedyś się zgodził. A potem, po kilku latach, tarzając się ze mną w śnieżnych zaspach wyznał, że chce spędzić ze mną życie. I od 14 lat jesteśmy małżeństwem. Mamy wspaniałą i mądrą córkę, żyje nam się dobrze. 
  2. Chciałam być trenerem biznesu – jestem. Skończyłam szkołę trenerów – co było moim marzeniem i uważam, że to dobrze zainwestowany czas i pieniądze.
  3. Chciałam założyć szkołę trenerów biznesu – udało mi się wraz z moją przyjaciółką Kasią! 
  4. Chciałam osiągnąć poziom MISTRZ w swojej działce – czyli dotacjach i projektach unijnych. W jednej z moich prac słyszałam o mitycznej Agnieszce, która potrafiła znaleźć odpowiedź na każde pytanie, na zawołanie rozwiązywała każdy projektowy problem. Miała charyzmę i wszyscy ją szanowali. Bardzo chciałam mieć taki status – poziom wiedzy, szacunek, poważanie. Minęło jakieś 5 lat i stwierdziłam, że przecież osiągnęłam już ten LEVEL EKSPERT. Ludzie do mnie przychodzą z nierozwiązywalnymi problemami, rozwiązuję skomplikowane problemy, kreuję dobre projekty. Ludzie na mnie liczą i jestem tym ogniwem, które spaja całość projektu w funkcjonującą machinę.  Wprawdzie otoczenie, w którym na co dzień funkcjonuję zawodowo (etatowo), nie sprzyja budowaniu pozycji, ale ja czuję się ekspertem. Stałam się mityczną Agnieszką. Oczywiście, z uwagi na to, jak wiele pracuję, czasem się mylę. Mam jednak w sobie sporo pokory, a pomyłki jeszcze bardziej mnie motywują. 

Co najbardziej kocham w życiu?

To, że daje nam nieskończenie wiele opcji i wystarczy nauczyć się wybierać, zamiast rezygnować. Że jest zmienne, dzięki czemu zawsze jest coś do roboty, coś się dzieje, wymusza elastyczność i nowe inicjatywy. Lubię też: odpoczywać, działać i wymyślać nowe projekty / eventy / przedsięwzięcia itd. 


Co jest moją największą pasją?

Tego właśnie nie wiem, próbuję znaleźć azymut i się określić. Wszystkie pasje są dla mnie równie ważne: projekty, szkolenia, ogrodnictwo, życie w rytmie slow, blogowanie, kreowanie nowych idei, rękodzieło. W zasadzie chyba robię tylko to, w czym odnajduję pasję. Bardzo bym chciała, aby udało mi się połączyć je w jedno, a najlepiej, aby był to biznes, który będę mogła robić razem z moim mężem. Aby pasja stała się pracą, a praca pasją. Austin Kleon pisał o połączeniu kropek (w tym wypadku różnych pasji). Kiedy odkryłam słowo workflow wydawało mi się, że to właśnie linia, która łączy moje kropki. I rzeczywiście – ale tylko z jednego obszaru.


Co lub kto mnie najbardziej inspiruje w życiu?

Steve Jobs – wizjonerstwo, kreatywność, innowatorstwo, dążenie do celu, bezkompromisowość w spełnianiu marzeń, determinacja – technicznie, narzędziowo – jest moim guru.

Richard Branson – podejście do ludzi i do biznesu – interpersonalnie jest dla mnie mistrzem.

Maria Skłodowska – Curie – podobno, gdy pracowała w swoim studenckim pokoiku, jadała zwiędnięte rzodkiewki, nie piła i nie ogrzewała z braku czasu – poświęcenie dla większej sprawy (w jej wypadku nauki) jest mi niezwykle bliskie. 


3 zabawne fakty na mój temat

  1. Kasia i Kasia oraz Kasia – z moimi przyjaciółkami Kasiami zdarza nam się tworzyć genialne trio projektowo – wdrożeniowe. Często nas mylą. Ale najlepsze jest, gdy siedzimy we trzy na jakimś spotkaniu z nowymi ludźmi, którzy nie rozróżniają nas po nazwiskach i wtedy pada „pani Kasiu …” a my we trzy wyczekująco patrzymy, co dalej. I wtedy pada coś w rodzaju „ta najbliżej mnie…”.
  2. Tak naprawdę, to chciałam napisać, że lubię swoje imię, bo ma wiele odmian, chociaż nienawidziłam do niedawna odmiennika „Kaśka”; teraz wyszłam spoza strefy komfortu i sama się już często tak przedstawiam i podpisuję; ludzie różnie na mnie mówią: Katarzyna, Kasia, Kasza, Kaś, Kachna, Kasik, Katia, Katiusza, Kasienia, Kasieńka, Kaśka…. Czyż czyjeś imię jeszcze da się w tylu wersjach odmienić? 
  3. Jaja na miękko, czyli czasem zachowuję się jak rasowa blondynka (w sytuacjach poza zawodowych). Np. kiedyś na wakacjach z Kasią, w czasach licealnych, gotowałyśmy w jednym wspólnym garnku na śniadanie jajka i koniecznie chciałam, żeby moje jakoś oznaczyć, bo ja chciałam na miękko, a ona na twardo. Naprawdę mam kilka (naście) takich anegdot. Czasem proste sprawy są dla mnie zbyt proste i nie „wpadam” na rozwiązania.
  4. Rejs i Monty Python, a także Matrix i większość filmów z retrospekcjami, przenoszeniem w czasie (ale tych bardziej skomplikowanych, niż Powrót do przyszłości czy Ile waży koń trojański) – może się narażę, ale mimo całej mojej inteligencji i racjonalizmu – nie rozumiem. 

Gdybym mógł dać jedną radę osobie, której brak odwagi do realizacji marzeń, brzmiała by tak:

Brak kompetencji i umiejętności nigdy nie jest przeszkodą. Pieniądze nie są przeszkodą. Zwalcz ograniczenia w swojej głowie i popracuj nad motywacją – wtedy wszystko dasz radę.  Nie licz, że ktoś przyłączy się do Ciebie, by wspólnie zrealizować Twoje marzenia. Jeśli potrzebujesz – bierz podwykonawców, nie szukaj „przyjaciół do pomocy”.  


Gdzie mnie znajdziesz?

Fanpage

Strona internetowa